Aktualności

„Niekochani”: co warto zapamiętać z pierwszego odcinka?

Reprezentacja28.03.2020 
Popularność produkcji telewizyjnych prosto z piłkarskiej szatni w ostatnich latach rośnie, swój udział biorą kluby z absolutnego topu (Manchester City), jak i z niższych lig (Sunderland). Odkrywanie tajemnic przez trenerów, ich relacji z piłkarzami, zachowań w szatni, z dala od kamer to dla kibiców również okazja do zgłębienia wiedzy i weryfikacji opinii. Nie inaczej jest w przypadku „Niekochanych”, czyli kilkuodcinkowym serialu o reprezentacji Polski Jerzego Brzęczka. Przyglądamy się temu, co można zaobserwować w pierwszej części.

Niekochani?

Jedna z ważniejszych kwestii, która pada w pierwszej części serialu, jest autorstwa Wojciecha Szczęsnego. – Bardzo niewiele trzeba zepsuć, by być... nie hejtowanym, bo nie lubię tego słowa, ale krytykowanym. Ciężko wtedy znaleźć w sobie entuzjazm – mówił bramkarz, odnosząc się do pierwszych zgrupowań po nieudanych dla kadry mistrzostwach świata.

Od kulis widać również, że te pierwsze miesiące – bez zwycięstwa – są trudnym etapem przywracania radości do jednak w sporej mierze tej samej grupy zawodników. Oni po kolejnych meczach słyszeli i gwizdy, i czytali krytyczne opinie. One wróciły już po bezbarwnym remisie z Irlandią we Wrocławiu, spotęgowały je dwa spotkania na stadionie Śląskim w Chorzowie. – Po przegranej z Czechami wszystko zwaliło się na nas – mówi Radosław Gilewicz, jeden z asystentów trenera Brzęczka. To od scen w gdańskim muzeum drugiej Wojny Światowej rozpoczyna się serial.

W październikowych spotkaniach z Portugalią (2:3) i Włochami (0:1) przewija się kwestia wiary w to, co tworzy nowy sztab, jak buduje relacje z drużyną. – Nie ma sytuacji, że ktoś przestaje wierzyć – powtarza Jerzy Brzęczek. Ale jeszcze więcej pokazuje przemowa Jakuba Błaszczykowskiego, jako kulminacyjny moment pierwszej części, tuż po porażce z Włochami. – Jeszcze ja chciałbym coś powiedzieć – wstaje doświadczony skrzydłowy. Tuż po meczu, na zmęczeniu, z wieloma zawodnikami siedzącymi ze zwieszonymi głowami. Słyszeli te gwizdy, wyobrażali sobie krytykę, jaka już trwała po nieudanym dwumeczu.

Czas reakcji

– Mamy mega ciężki moment, ale dlaczego mamy zaszczyt gry z orzełkiem na piersi? Bo nikt z was się nie poddał, przezwyciężyliśmy słabsze momenty w wieku 15, 16 lat. Największa krzywda jaką możemy sobie zrobić, to się poddać. Każdy z nas wierzy w siebie, ja osobiście wierzę w tę drużynę, w jej potencjał. Każdy z nas może to powiedzieć, Robert może to powiedzieć. Mamy gości, którzy mogą grać na mega wysokim poziomie i to będą robić. Tylko kwestia tego, żeby wierzyć. Tego nie może nam zabraknąć. Mogą w nas walić, ale my musimy wierzyć. Mogą na nas gwizdać, musimy dalej wierzyć. I uwierzcie mi, że wyjdziemy z tego obronną ręką – mówił z przejęciem.

Może kolejne spotkanie nie dało wrażenia, że te słowa w pełni dotarły – „Takie momenty są po to, by powstawały dobre, silne drużyny”, mówi przecież trener przed Portugalią – ale już sceny z ostatniego meczu jesienią 2018 roku pokazują, że ten proces przywracania entuzjazmu nawet nie tyle się zakończył, ile znajduje się na właściwej drodze. To wtedy Arkadiusz Milik po strzelonym golu biegnie w stronę rezerwowych. To była reakcja na inne słowa selekcjonera z ostatniej odprawy przed spotkaniem – Negatywna atmosfera cały czas jest wśród nas. Ale ja mam bardzo ważną rzecz, którą widzę, czuję, patrząc na was w trakcie tych ostatnich parunastu dni. To dla mnie i dla mojego sztabu gwarancja tego, że jesteście mocną grupą, która z takiego momentu jak dzisiaj wyjdzie obronną ręką – powiedział. I zespół wyszedł obronną ręką, podobnie jak rok później po porażce ze Słowenią już w eliminacjach EURO 2020.

Odbudowani?

Proces przebudowy reprezentacji nie jest i nie był łatwy ani dla Jerzego Brzęczka, ani dla jego poprzedników. Adam Nawałka na pierwszy przełomowy moment czekał do wygranej z Litwą w siódmym meczu kadencji, Leo Beenhakker przełamał się dopiero w trzecim spotkaniu eliminacji z Kazachstanem, Franciszek Smuda w pierwszym roku pracy zaliczył serię ośmiu starć bez wygranej. Po prostu trzeba czasu, by wdrożyć własne pomysły. To dzieje się również w kadrach młodzieżowych.

Wdrożyć lub z nich zrezygnować. Są wiele mówiące sceny z październikowego zgrupowania, gdy przed meczem z Włochami sztab przygotowywał drużynę pod nowe ustawienie, 1-4-3-1-2, czyli pozbawione skrzydłowych, tak charakterystycznych i kluczowych zawodników w polskiej drużynie. Selekcjoner miał być do pomysłu zapalony, ale wdrażanie nie przebiegało tak korzystnie, jak zakładał. Dlatego na odprawie sztabu w przededniu spotkania z Portugalią mówi, że „na gorąco odbierałem to gorzej, powiem to szczerze. Ale tu chodzi tylko o te niuanse. Jakbyśmy mieli, znowuż, jeszcze jeden trening…”.

Być może to był moment, w którym najbardziej widać to, z czym mierzy się każdy selekcjoner – deficyt czasu. Zgrupowania to dwa treningi, gdzie niewiele można wdrożyć, a co dopiero odmienić całkowicie sposób gry, wskazać nowe rozwiązania. Jednak w meczu z Włochami to rywale dominują całkowicie, w drugiej połowie Brzęczek jednocześnie wprowadza Kamila Grosickiego i Jakuba Błaszczykowskiego, kończąc pierwsze testy tego systemu. Przeciwko Portugalii trwa to jeszcze krócej, bo wyłącznie do przerwy. – Biorę to na siebie – mówi później w szatni selekcjoner.

Wcześniej właśnie na tym spotkaniu sztabu brak jednego treningu, by udoskonalić ruch zawodników w nowym systemie pokazuje problem wobec tego, co działo się na pierwszym i kolejnym zgrupowaniu. Owszem, gra kadry się różniła, ale w obrębie tego samego ustawienia, stąd pewne automatyzmy wymagały korekt, nie rewolucji. – To są te „śmieszne" trzy, cztery kroki. To poruszanie i zrozumienie, czucie tego, gdzie i jak mamy stać będzie powodowało takie sytuacje, że będziemy mieli przewagę, będziemy wykorzystywali naszą potężną siłę w ofensywie – mówi Brzęczek po pierwszym meczu wyjazdowym z Włochami. Piłkarzom łatwiej swoje ruchy dostosować w obrębie znanym im okolicznościom, przestrzeniom i współpracom.

Wspólna zaleta

Może do lepszego funkcjonowania zawodników w 1-4-3-1-2 zabrakło jednego treningu, ale w rzeczywistości pewnie znacznie więcej. Tak należy rozumieć odejście od nowego systemu i powrót do bardziej znanych rozwiązań. Jednak słusznie zauważa Radosław Gilewicz, że „jak nie z takimi rywalami, to kiedy?” – Zaczęliśmy może za dużo sprawdzać, ale dla nas to było bardzo cenne, dużo nas to nauczyło – dodaje i podkreśla, że te godziny, które sztab spędza na oglądaniu treningów, analizie meczów przynoszą najwięcej. Widać to i po rezygnacji z nowego pomysłu, i jeszcze wcześniej, gdy w Bolonii sztab wskazywał na straty Jorginho, głównego rozgrywającego Włochów, pod pressingiem. Wówczas Polakom przyniosło to gola Piotra Zielińskiego.

– Zostaliśmy rzuceni na głęboką wodę i wiemy, że nie będzie łatwo się na niej utrzymać. Próbowaliśmy wszystkiego i to była dla nas dobra lekcja. Nie graliśmy z przeciwnikami z którymi mogliśmy wygrywać i tych problemów, które mamy (moglibyśmy) nie zauważyć. Bo je zauważa się zawsze z tymi lepszymi – mówił Robert Lewandowski na konferencji prasowej. I także fakt, że obrazki z odpraw, przekaz selekcjonera można teraz zobaczyć i usłyszeć – często w mocnych słowach, jak w przerwie drugiego meczu z Włochami – daje większe zrozumienie specyfiki działania i zamiarów selekcjonera, jak również przełożenia niewidocznej harówki na tą najbardziej rezonującą. Dokumenty z wewnątrz szatni bywają bardzo różne, inaczej budowane, skupiające się na innych bohaterach, ale tą część mają wspólną: wgląd w relacje i pracę naprawdę zmienia perspektywę.

Michał Zachodny

Zobacz również

© PZPN 2014. Wszelkie prawa zastrzeżone. NOWY REGULAMIN ŁNP od 25.03.2019 Regulamin portalu DO 25.03.2019 Polityka prywatności